
Czy faktycznie stoimy u progu wielkiego przełomu? Czy to faktycznie ten przełomowy rok, w który to Oscary będą gotowe, by społeczność LGBTQ mogła się cieszyć z męskiego zwycięzcy w kategorii aktora?
Dlaczego w ogóle o tym rozmawiamy? Bo jak się okazuje, pojawiają się głosy o tym, że Hollywood musi w końcu dać wygrać homoseksualiście. Nieważne czy za dobrą rolę, nieważne czy patrzymy na niego oceniając jego talent.
No i tu rodzi się pytanie, czy homoseksualizm to faktycznie tak bardzo pomijany temat? Spoiler: oczywiście, że nie, ale chyba na końcu i tak powinniśmy oceniać aktora, a nie jego orientacje, prawda?